„Pianissimo”

„Pianissimo”

"Pianissimo"

...kilka słów o...

Antonin to wieś, oddalona od mojego rodzinnego miasta o jakieś 12 kilometrów. To nie tylko cel moich wypraw rowerowych, ale także miejsce, w którym pierwszy raz w życiu dałam się namówić na płynięcie łódką (nie potrafię pływać, panicznie boję się głębokiej wody – choć chyba nie bardziej niż pająków – i nie wiem, co było większym wyczynem: namówienie mnie, bym do tej łódki wsiadła, czy sam fakt, że się w niej znalazłam i nie uciekłam, gdy jeszcze mogłam dotknąć suchą stopą piasku). Antonin to też miejsce, w którym odbywały się plenery malarsko-rzeźbiarskie organizowane przez Galerię 33, podczas których mogłam obserwować na żywo działania uznanych artystów, tu siedzibę ma rozwijająca się Galeria Operis Artis, jednak przede wszystkim jest to miejscowość znana dzięki Pałacowi Myśliwskiemu Książąt Radziwiłłów. Corocznie organizowany jest tu jeden z dwóch polskich festiwali chopinowskich – „Chopin w barwach jesieni”.

Biorąc udział w akcji Magdaleny Paluch #grozajestkobietą, będąc członkinią grupy Zgrozoty, postanowiłam, że część czasu wolnego będę spędzać na przypominaniu sobie twórczości koleżanek po piórze lub poznawaniu ich nowych dzieł. Tym razem trafiło na Agatę Suchocką. Znów. I to dobrze.

Nie bez powodu na początku wspomniałam o Antoninie, gdyż jest to miejsce jakby stworzone do tego, by czytać tu „Pianissimo”. Znajomość twórczości Chopina nie jest konieczna do zrozumienia tekstu, ale uwierzcie, o wiele przyjemniej i głębiej wchodzi się w powieść, gdy słyszymy dźwięki Chopinowskich nokturnów. Spróbujcie (znajdziecie je bez problemu na youtube), a wówczas doświadczycie na własnej skórze, co mogła czuć Irena, gdy słuchała koncertów Juliana Kolbego – to główni bohaterowie powieści.

Nie będę recenzować Wam książki, choć w kilku zdaniach podzielę się z Wami wrażeniami. Nadmienię, by nie rozczarować fanów grozy, że „Pianissimo” horrorem nie jest, jednak również wywołuje dreszcze na karku, choć zupełnie innego rodzaju. Agata Suchocka używa pięknego języka – nomen omen – melodyjnego. O wrażliwości autorki, o jej związkach z muzyką, które można wyczuć w lekturze, przeczytacie w posłowiu i na wszelki wypadek ostrzegam, by nie skusiło Was zapoznanie się z nim na początku. Sama historia ma wiele z bajki o Kopciuszku, tyle że tym razem w wydaniu męskim, ale brak w niej banalności, choć czasem ociera się o naiwność. Jednak nawet sceny seksu wywołują zupełnie inny rodzaj podniecenia – zamiast opisów obłapywania się dostajemy wirtuozerię gry na ciałach. Zakończenie mnie zaskoczyło. Biorąc pod uwagę, że ostatnio głośny stał się temat researchu wśród pisarzy, zapewniam, że Suchocka zadanie domowe odrobiła. I pomijając już kwestie muzyczne, doceniam, że używa słowa „motocykl” zamiast „motor”. Wtajemniczeni wiedzą, o co chodzi, niewtajemniczeni niech pytają, wyjaśnię.

O właśnie, skoro mowa o motocyklach, a zapomniałam o tym wspomnieć – Antonin to też miejsce, w którym wiele lat temu „junakowałam”.

Życzę Wam głębokich doznań podczas lektury „Pianissimo” i niech Wam gra… nie tylko muzyka w uszach, ale też wszystko w życiu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *